#myfirst7jobs – czyli moje pierwsze prace

#myfirst7jobs

Z reguły nie interesuje się akcjami na fejsbooku i całą blogosferą, ale jeżeli mój Kolega (nomen omen poznany przez pracę w tej samej firmie) Maciej Trojanowicz – piszący pod pseudonimem Troyann oraz sam Kominek, piszący teraz jako Jason Hunt włączyli się do akcji, to ja też mogę 🙂

Oczywiście Kominek jak to Kominek, trochę pozmyślał, troche pokonfabulował, mieszał i koloryzował historię, ale parafrazując „Kominek wielkim blogerem jest”, więc ja postaram się napisać bez żadnego przekręcania i koloryzowania. Jeśli cokolwiek przeinaczę to tylko przez zaawansowany wiek i demencje starczą 🙂
Dlaczego mimo, że nie lubię blogosfery i ich „fejmu’ dołaczam się do akcji #myfirs7jobs ? Bo warto pokazać, że żadna praca nie hańbi i nie ma się czego wstydzić.

Każdy od czegoś zaczynał i moim zdaniem nie ważne gdzie, ważne żeby w ogóle pracować, a nie np. sięgać po pieniądze rodziców. Od paru lat mogę sie pochwalić stabilną pracą, z tylko jedną poważniejszą zmianą – ale nie zawsze tak było. Nie od razu Corwina managerem zrobiono (podziękowania dla Piotra Nogala z Vacaloca.pl – jeszcze tu o Tobie tekst będzie!).

Ale po kolei jak to powiedział Kserkses do 300 Spartan:

  1. Zaczeło się jak większosc dzieciaków od drobnych robót – koszenie trawników, malowanie płotów i pomoc przy remontach i uwaga, coś co robiłem ponoć jako ośmioletni bajtel idealnie – pucowania butów. Precyzja szwajcarskich zegarmistrzów. Wilgotna szmatka, sucha szmatka, pasta, polerowanie. Jedną parę butów potrafiłem męczyć 20 minut aż będzie błyszała jak zwierciadło. Wujek z Niemiec się śmiał, że znalazłem sobie pracę na całe życie. Zrobię z siebie pośmiewisko, ale powiem Wam, że jako trzyletni dzieciak, mówiłem Mamie, że chciałbym być śmieciarzem, żeby móc tak jak oni jeździć na schodku i trzymać się lusterka 😀
  2. Naprawianie komputerów – nie wiadomo skąd i jak. Komputerowy dr. Hosue lub Doogie Howser (grany przez młodziutkiego Niela Patricka Harrisa) – nie mając w domu komputera te maszyny do mnie „mówiły”. Więc to wykorzystywałem, naprawiając całej rodzinie i wszystkim znajomym komputery, reinstalując windowsy, wymieniając ram i dyski twarde. W tamtych czasach serwisy komputerowe były bardzo drogie, więc całkiem sporo można było na tym zarobić jak na tamte czasy. Do dzis pamiętam dumę z nowych przerzutek do roweru <3
  3. Ratownik medyczny na imprezach i Rudzie (Kąpielisko Ruda w Rybniku). Praca – wolontariat. Ale doświadczenie i wspomnienia zostaną do końca życia. Złote lata pracy na kąpielisku Ruda – masa „przywilejów” i wszystko co nalezy do MOSiRu za darmo. Bajka. I przynajmniej byłem opalony 😀
  4. Praca na budowie. Zaraz po maturze uznałem, że zamiast najdłuższych wakacji, pora coś zarobić. Znajomy rozpoczynał budowę domu i na moją prośbę zatrudnił mnie tam do pomocy budowlańcom. Noszenie całymi dniami ceigeł, worków betonu,kostek betonitowych, styropianu (fajnie, że jest lekki ale tak cholernie nieporęczny, że to się w głowie nie mieści). Do tego jak typowy „Młody” sprzątanie, jeżdzenie po jedzenie i picie, obowiązkowe żarty z najmłodszego i psikus (dosypanie soli do herbaty, wyciagniecie pomidorów z kanapek itd.). Po pierwszych 3 dniach musiałem wziąć pierwszy dzień wolnego w życiu. Zakwasy nie pozwoliły mi wstać z łóżka i chodzić. Znajomy mówił, że mogę odpuścić, bo jestem za chudy i słaby jak na taką pracę. Ja jestem za słaby? Potrzymaj mi piwo i patrz! Przepracowałem tam cały miesiąc i byłem dumny, że mimo wszystkich problemów, bólu, odcisków po miesiącu mogłem dostać naprawdę dużą wypłatę, na którą czułem, że zapracowałem uczciwie, dając z siebie wszystko co mogłem!
  5. Piąta praca – była pracą, którą miałem przez kilka lat i wiązała się z późniejszym bonusem. Jako dzieciak uwielbiałem (i nadal uwielbiam), gry komputerowe. Więc grałem, aż wyznaję zasade – jak coś robić to dobrze, to zacząłem grać w lidze. Organizacja ligi mi nie pasowała, brakowało konkretnego regulaminu, brakowało sędziów, wkurzały oszustwa, więc buntujący sie nastolatek, napisał do firmy, która prowadziła ligę i zamiast krytyki i „spadaj na drzewo” usłyszałem – „To ogarnij to”. Pracuj dla nas – zarządzaj ligą, wprowadzaj regulaminy, modyfikacje. Odpowiadałem za całośc ligi, za aktualności na stronach, za pracę sędziów. Nauczyłem się bardzo szybko współpracować w zespole i zarządzać harmonogranami i reagowac na dziwne i nieprzewidziane problemy. Do tego odrobina doświadczenia, zwiazanego z zarządzaniem serwerami – bo firma zajmowała się hostowaniem serwerów poza prowadzeniem ligi. Bonusem na sam koniec, okazała się współpraca z Poznań Game Arena i współorganizowane Lan Party Poland #2. LPP i PGA to prekursorzy dzisiejszego esportu i pierwsze takie ogólnopolskie imprezy. Praca okazała się bardzo wyczerpująca, bo cała ta organizacja tak naprawde była na głowach 6 osób. Pracowalismy od wtorku do niedzieli praktycznie nie spiąc. Duma z imprezy i tego jak wypaliła. Z recenzji w mediach komputerowych i opiniach graczy były wystarczającą nagrodą. Nie mówiąc o wynagrodzeniu w złotówkach. Kwota jaką przywiozłem zadziwiła nawet moją Mamę, która zawsze mi mówiła, że nic z tego grania nie będzie.
  6. Tutaj fajnie wyglądające i duże słowa – Z-ca Redaktora Naczelnego Oficjalnego Portalu Fanowskiego World of Warcraft – Black Wing’s Lair. Pierwsze „szlify” w pisaniu tekstów. Ekipa znajomych graczy z Rybnika uznała – robimy portal. Po paru miesiacach, zaczęło to przynosić wymierne efekty. Producent gry – Blizzard nadał nam status oficjalnej strony fanowskiej w Polsce i zamieścił link na swojej stronie. Pojawił się bardzo duży ruch, za ruchem sami przyszli reklamodawcy i gadżety. Do dziś korzystam z myszki Logitecha, którą dostaliśmy jako gratis dla redaktorów. Kolejne szlify w pracy w zespole i pierwsze rozmowy biznesowe i negocjacje. Gówniarz lat 18 rozmawiający z dyrektorem marketingu jakiejś dużej firmy, razem z parę lat starszą kolezanką – Redaktor Naczelną? Darmowe granie, gdzie inni musieli płacić abonament? Dostępy do beta testów? Wszystko fajnie, ale w pewnym momencie coś się zaczeło psuć w redakcji i wyleciałem 🙂 Życie!
  7. Pierwsze prace na etat. Przedstawiciel handlowy / pracownik sklepu w firmie zajmującej się sprzedażą kosiarek, pił i myjek ciśnieniowych. Jeżeli czegoś sie tam nauczyłem to jednego. Zamiast pracować summienie, dokładnie i szybko, a jak skończysz odpoczywać, lepiej udawać, że pracujesz tylko jak szef patrzy. Pieniądze może i fajne, ale atmosfera i podejście do pracownika już nie. Następne było jakieś szemrane przedstawicielstwo Orange dla klientów biznesowych. Po paru dniach wiedziałem już, że nie nadaję się do wciskania ludziom kitu i przekonywania ich do kupowania czegoś, czego totalnie nie potrzebują. Na szczęście mój szef podzielał moje zdanie.

 

Żadnej z tych prac się nie wstydzę i nie mam zamiaru. Zarabiałem jak mogłem, praktycznie każda z prac poza punktem nr 1 mnie czegoś nauczyła i procentowała na przyszłość. Dzięki nim popełniałem błędy i wyciągałem wnioski na przyszłość. Wiem przez to do czego się totalnie nie nadaje i nie mam zamiaru tego robić. Mam znajomych, którzy są idealnymi handlowcami – sprzedaliby Wam wszystko i jeszcze bylibyście zadowoleni, że kupujecie coś, o potrzebie posiadania czego nie byliście świadomi. Zapłacicie nawet za zrealizowanie tej nieistniejącej potrzeby miliony monet. Ja tak nie potrafię.

Za to przez parę sytuacji nauczyłem się mówić ludziom „spierdalaj”, tak, że zamiast mi strzelić w twarz, są podniecieni na myśl o czekającej ich podróży. Ale trzymać gębę na kłódkę i nie pyskować nie nauczyłem się do dziś. Niekiedy uda mi się ugryźć w język, ale wg większosci moich znajomych i tak  robię to zdecydowanie za późno 🙂 Cóż – uczymy się całe życie, z wyjątkiem lat szkolnych, a i tak umieramy głupi.

Kto się dołącza do akcji? ArtYouReady by Karina? Vegeszamanka – Asia? 🙂